Dr Grzegorz
Russak
prezes Polskiej Izby Produktu Regionalnego i Lokalnego
Doktor
nauk rolniczych, lekarz weterynarii. Znawca polskiej kuchni, zwłaszcza
myśliwskiej. Od 35 lat wykłada na wyższych uczelniach. Prowadzi wszechstronną
działalność społeczną. Jest wiceprezesem Polskiego Zrzeszenia Hoteli, członkiem
Rady ds. Tradycyjnych i Regionalnych Nazw Produktów Lokalnych i Środków
Spożywczych przy Ministrze Rolnictwa i Rozwoju Wsi. Autor wielu książek i
publikacji oraz autorskich audycji radiowych. Współinicjator powstania Polskiej
Izby Produktu Regionalnego i Lokalnego (www.produktyregionalne.pl).
Ostatnio, jako jedna z Gwiazd,
które gotują dla nas, został uhonorowany Certyfikatem Mistrza Sztuki Nie Tylko Kulinarnej.
W książce Elżbiety Junoszy-Stępkowskiej poleca sądek po polsku, jagnięcinę w sosie agrestowym, sarninę w sosie wiśniowym i zupę rakową.
Sądek po polsku
Składniki: sandacz, włoszczyzna, białe wino, jaja na twardo, masło, bułka tarta,
sok z cytryny, przyprawy według uznania.
Sądek to inaczej sandacz. Filetujemy rybę. Wszystko, co zostało po filetowaniu,
z łbem włącznie, bardzo długo gotujemy w wodzie - musi to trwać co najmniej trzy
godziny. Do otrzymanego rosołu dodajemy drobno starte warzywa i trochę masła.
Filety, wcześniej mocno skropione cytryną i przyprawami, wkładamy na 5-7 minut
do sosu warzywnego - trzeba uważać, żeby ich nie przegotować. Proces nazywa się
gotowaniem w krótkim sosie. Na minutę przed zakończeniem gotowania podlewamy
wszystko białym winem, a musi to być albo wino reńskie, albo któreś z win
muskatowych; ja używam muskatów, szczególnie dobry jest teraz muskat
kalifornijski. Przykrywamy, żeby ryba przesiąkła aromatem wina. Wykładamy filet,
posypujemy drobno posiekanym jajkiem na twardo i polewamy tak zwanym sosem
polskim, czyli masłem klarowanym z tartą bułką.
Sos ma być rzadszy niż do warzyw, z większą ilością masła, do którego przedtem
dodajemy przyprawy. Do ryby podajemy szparagi, mogą być pod beszamelem lub też
pod sosem polskim, oraz młode ziemniaki z wody. W XVII wieku było to
typowe, eleganckie danie postne.
Mogę tak pościć codziennie.
Jagnięcina w
sosie agrestowym
Składniki: jagnięcina, ocet, ziele angielskie, liść laurowy, pieprz, jałowiec,
zioła korzenne, tymianek, cząber, zielony agrest, białe wino, cukier
Jagnięcina wymaga bejcowania w bejcy octowej korzennej. Należy zagotować wodę z octem, pod koniec gotowania dodać przyprawy: ziele angielskie, liść laurowy, pieprz, jałowiec, odrobinę ziół korzennych, tymianek, cząber. Do całkowicie wystudzonej bejcy włożyć mięso - na przykład udziec jagnięcy - i odstawić w chłodne miejsce przynajmniej na dobę. Po bejcowaniu upiec do miękkości - kiedyś jagnięcinę przed pieczeniem szpikowało się słoniną. Schłodzić mięso, pokrajać w plastry i przygotować sos: sos z pieczeni, śmietana, agrest - koniecznie zielony! - białe wino, cukier, przyprawy. Gdy podgrzejemy mięso w takim sosie - to jest po prostu rekord świata.
Sarnina w sosie wiśniowym
Składniki: sarnina, wiśnie, miód, cytryna, czerwone wino, korzenie piernikowe,
kasza jaglana, przyprawy według uznania.
Miałem wielką satysfakcję, gdy przeczytałem, że Benedykt XVI został w Krakowie
poczęstowany tym daniem, na które przepis sam wyciągnąłem ze starych ksiąg:
bejcowaną sarniną, pieczoną, a następnie podaną w sosie wiśniowym, z kaszą
jaglaną. Przez długie wieki nie jedliśmy ziemniaków, tylko kasze jaglane! Sos
wiśniowy robi się z wiśni tak zwanych sokowych. Wydrylowane wiśnie rozprowadza
się sosem z pieczeni lub specjalnie zrobioną podstawą sosów mięsnych czyli
bulionem. Balans słodko-kwaśny uzyskuje się za pomocą miodu i cytryny oraz smaku
samych wiśni, bo one też są kwaskowate. Dodaje się do tego czerwone wino i
korzenie piernikowe. Wszystko razem ma tworzyć harmonię smaku: słodki - kwaśny -
gorzki - słodki. Podczas przyrządzania sosu trzeba się wykazać umiejętnością
przyprawiania, bo nigdy nie ma takich samych wiśni ani takiego samego miodu. Sos
z sarniną, chyba najbardziej wykwintnym mięsem, i z jagłami jest absolutną
rewelacją w kuchni polskiej.
Zupa rakowa
Składniki: raki, masło, śmietanka, kasza jaglana lub bułka tarta, koperek
Zapomniana przez wszystkich zupa jest po prostu delikatnym rosołem wołowym lub
wołowo-cielęcym, podbitym masłem rakowym uzyskiwanym w ten sposób, że masło
praży się z chitynowymi skorupkami raków, oczywiście zawierającymi mięso. Kiedyś
części raków się suszyło, gniotło w moździerzu, dodawało masło i dopiero
wytapiało. Teraz używa się maszynek elektrycznych. Na masło rakowe nadają się
małe raczki amerykańskie. Wtedy można nawet całe odwłoki raka zwane szyjkami
razem z pancerzykiem - wszystkie szczypczyki i odnóża, oczywiście ugotowane,
wymieszać z masłem i przepuszczać przez maszynkę. Otrzymuje się bardzo
intensywne w smaku czerwone masło rakowe. Potem podbija się rosół śmietanką. Z
naszych dużych raków wyjmujemy mięso, siekamy i z dodatkiem kaszy jaglanej albo
bułki tartej i dużej ilości kopru tworzymy nadzienie do tułczubów -
wyczyszczonych skorupek raka. Na dużą porcję zupy powinno być skorupek
przynajmniej cztery, lepiej sześć. Wykłada się je na talerz, zalewa zupą.
Oczywiście można dodatkowo wrzucić jeszcze parę raczych szyjek.
To ogromnie wykwintna zupa.
Ostrzegam wszystkich: w sklepach bardzo często można dostać szyjki raków
chińskich, mających z rakiem wspólną tylko nazwę. Szyjka polskiego raka
szlachetnego jest aromatyczna i idealnie krucha, a szyjki chińskich raków są jak
z gumy. Gastronomia twierdzi, że używa raków, a kupuje to chińskie paskudztwo.